Pójdziemy z torbami.

Odnoszę wrażenie, że w Polsce zawód artysty nie cieszy się zbytnim szacunkiem. Kiedy wspominam komuś spoza mojego artystycznego kręgu, że z zawodu jestem muzykiem, w dodatku wokalistką, mój rozmówca patrzy na mnie z politowaniem. Natomiast poza granicami naszego kraju, np we Francji, gdzie spędzam wiele czasu ze względu na koneksje rodzinne, ludzie, którzy dowiadują się, że żyję z muzyki mówią: "wooow, super, to fantastycznie !"

Dochodzę do wniosku, po ostatnich doniesieniach o zamiarach Rządu w związku z opodatkowaniem naszych rzekomo "śmieciowych" umów, że rządzący nami politycy to banda wiejskich debili, którzy jedyne pojęcie o sztuce muzycznej mają, kiedy wspominają wesela i potańcówki z pipidówki lub sylwestra z Marylą. Zapominają niestety, a może nawet pojęcia nie mają, że istnieje cała masa kompozytorów, nagłośnieniowców, specjalistów od świateł, chórkowych, w końcu wokalistów i instrumentalistów którzy będąc w podziemu to artystyczne tło tworzą i w dodatku na bardzo wysokim poziomie.
Odbieram to jako potwarz i rozważam poważnie przenieść moje centrum interesów życiowych do innego kraju. ( które jakiś czas temu przeniosłam do Polski )
Żałuję bardzo, że my wszyscy artyści "śmieciowi" nie zsynchronizujemy się i nie wyjdziemy na ulicę lub lepiej, wstrzymamy dostawy sztuki niczym dostaw prądu, nie anulujemy koncertów, wystaw, recitali i co tam jeszcze.
Nasi francuscy koledzy, którzy od lat mają swoje związki i status artysty Intermittent du spectacle ( artyści i technicy ). Status "dorywczego artysty" gwarantuje im zapomogę od państwa, jeśli zadeklarują 507 godzin pracy w trakcie 319 dni w roku, co powoduje, że moi francuscy koledzy deklarują co się da i nie ma mowy, aby zagrać "na czarno" w tamtym kraju. Przekonałam się o tym, gdy podczas ubiegłorocznego stażu muzycznego w Lille mieliśmy zagrać finałowy koncert, nie było mowy o tym aby zagrać go za darmo. Sam organizator wygospodarował dla nas honorarium. Symboliczne, ale najważniejsze, że realne.
Smuci mnie bardzo, że taki system nie istnieje w Polsce. Dla wielu ludzi wciąż jesteśmy darmozjadami, dorabiamy "melonów" cichaczem tylko skąd ? Zaiks ? To kasa na "waciki". Koncerty ? Jeśli dostajemy 500 zł za koncert to jest święto. Ale ile gramy miesięcznie ? Jeden, dwa góra trzy koncerty ? Od pewnego czasu opłacam sobie Zus samodzielnie, czyli nie do końca ze mnie taki darmozjad. Chwilami jest ciężko.
Do tego dorzućcie koszty utrzymania, kredyty i tym podobne. Nie ma podwójnego dna kochani.
Proponowane opodatkowanie zwiększy tylko szarą strefę, bo Polak potrafi.
Na zakończenie dorzucę jeszcze jedną kwestię. Co roku staram się uczestniczyć w kilku koncertach charytatywnych na rzecz najbardziej potrzebujących. Robię to z przekonania i zupełnie za darmo.
Proszę wyobraźcie sobie, że takich propozycji ja i moi znajomi muzycy dostajemy dziesiątki na początku każdego roku. Żal mi kiedy muszę odpowiadać komuś, że właśnie wyczerpałam swój roczny limit na tego typu imprezy. Będąc detalistką, obliczyłam sobie, że rocznie oddaję za darmo około 4000 zł mojej pracy na występy charytatywne. Te pieniądze powinno wyłożyć potrzebującym Państwo Polskie. Niestety nie dostajemy niczego w zamian, nawet ulgi podatkowej na poczet przyszłych umów. Co mnie cieszy najbardziej, to satysfakcja, gdy uda się uratować dzięki naszemu zaangażowaniu jakąś osobę czy wesprzeć schronisko dla zwierząt.
Czy wobec nachodzących cięć finansowych powinniśmy zrezygnować z koncertów charytatywnych ?

Sorry Polsko !


Do następnego.
Trwa ładowanie komentarzy...